niedziela, 30 września 2012

Budapest my love :)

Chociaż niedawno byłam w Paryżu i powinnam być pod jego wielkim wrażeniem, to muszę przyznać, że Budapeszt bardziej przypadł mi do gustu. Może ze względu na to, że podobieństwa między Węgrami a Polakami są olbrzymie, ceny podobne a w stolicy czułam się jak w domu. 

Hostel w samym centrum o nazwie "Guesthouse" okazał się strzałem w dziesiątkę. Na dole była dyskoteka ale pokoje były wyciszone i nic nie było słychać. 

Na zwiedzanie mieliśmy tylko 1,5 dnia, więc staraliśmy się poznać Budapeszt w pigułce. Na początek trzeba poznać podział Budapesztu na Budę i Peszt, pomiędzy którymi płynie Dunaj.
Zaczęliśmy wyprawę od Pesztu, a dokłądniej Parlamentu, który znajdował się 5 minut od naszego Hostelu. 


Później poszliśmy na Wyspę Małgorzaty, która w Budapeszcie jest centrum sportu. Aż miło było popatrzeć na tłumy biegających ludzi po specjalnie wylanej tartanowej ścieżce.











Urzekła mnie też fontanna z podkładem muzycznym (walc Straussa - Nad pięknym modrym Dunajem).














Po przejściu pięknej wyspy udaliśmy się na starszą część zw. Buda. Ponieważ słoneczko mocno grzało zrobiliśmy sobie przerwę na piwo Soproni (bardzo znane na Węgrzech). 





Mijaliśmy dwa polskie pomniki upamiętniające związek Polski z Węgrami. 


  
Dotarliśmy do kościoła Macieja (W rzeczywistości świątynia jest po wezwaniem Przenajświętszej Panienki jednak mieszkańcy Budapesztu nazywają ją w skrócie kościołem Macieja. Wzniesiono ją w latach 1255-69 w samym centrum Zamkowego wzgórza. Kościół od początku swego istnienia był miejscem ważnych wydarzeń historycznych. To w nim szlachta węgierska przyjmowała czeskiego króla Wacława, pretendującego na tron madziarski po wymarciu dynastii Árpádów w 1301 roku, to tutaj król Maciej brał ślub z aragońską księżniczką a Karol Robert koronował się, zrywająca z tradycją namaszczania nowych władców wyłącznie w katedrze w Székesfehérvár.
Wrażenie ze zwiedzania wnętrza świątyni jest wręcz pionujące, głównie z powodu pięknych fresków i niezwykle zdobniczych witraży. Przy wejściu, po lewej stronie na ścianie, umieszczony jest herb króla Macieja, z charakterystycznym rodowym krukiem. W dolnej części wieży południowej, znajduje się Kaplica Loretańska, z barokową Madonną. Druga z kolei kaplica stanowi grobowiec króla Béli IV i jego żony Anny Châtillon. Na chwilę warto również zatrzymać się przy dwóch średniowiecznych kapitelach, które rozpoznać można po charakterystycznych zdobieniach, w których dominują motywy różnorakich potworów.) oraz Baszty Rybackiej. 

Zrobiliśmy sobie przerwę na Zupę po węgiersku (zupę gulaszowa). Kosystencja była inna niż nasza polska wersja ale smak rewelacyjny. 


Kolejnym punktem był Zamek Królewski (Mimo wielu badań i wysiłków do dziś historycy nie potrafią określić, w którym dokładnie miejscu wzgórza stanęła pierwsza siedziba królewska. Najwięcej zwolenników ma teza jakoby pierwsze trzynastowieczne zabudowania o takim charakterze powstały w okolicy ulicy Táncsicsa, zaś władcy z dynastii Andegaweńskiej postanowili przenieść się nieco bardziej na południe. Faktem jest jednak, iż rzeczywisty zamek zaistniał dopiero w XIV wieku przekształcając Budę w najważniejszy na Węgrzech ośrodek polityczno-kulturalny, wyprzedzając w tym względzie Visegrád i Esztergom. Co prawda król Karol Robert większość czasu starał się spędzać w swej dawnej siedzibie nad zakolem Dunaju, jednak już jego syn, Ludwik Wielki, rozpoczął rozbudowę fortyfikacji budańskich, wzniesionych niedługo po ataku mongolskim z XIII wieku. Z tego okresu pochodzą fragmenty wieży św. Stefana zachowane w południowej części zamku oraz tzw. bastion dynastii Andegaweńskiej, który można podziwiać na dziedzińcu Muzeum Wojny. Do czasów współczesnych zachowały się również elementy zabudowy średniowiecznej przy północno-zachodniej ścianie zamku.
    W czasie II wojny światowej praktycznie cały zamek uległ zniszczeniu. Po jej zakończeniu niezwłocznie rozpoczęto rekonstrukcję zakończoną dopiero w 1976r. Dzięki pieczołowicie przeprowadzonym pracom zamek odzyskał swój majestatyczny wygląd, natomiast w przypadku wnętrz przeprowadzono szereg zmian przystosowując je do goszczenia wielu instytucji kulturalnych i muzealniczych.
 Cały kompleks zabudowań królewskich wraz z całym Wzgórzem Zamkowym, znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
 W południowym skrzydle zamku znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, skrzydle północnym Muzeum Historii Współczesnej, we wschodnim - Galeria Narodowa, a w najbardziej wysuniętym na zachód - Biblioteka Narodowa.) 

Wróciliśmy przepięknym Mostem Łańcuchowym (Budowę mostu, według projektu Anglika Tierney'a William'a Clark'a rozpoczęto w 1840 roku i trwałą ona 9 lat. Most Łańcuchowy uważany jest za najpiękniejszy nad całym Dunajem i po dziś dzień jest obok Zamku i Parlamentu uważany jest z najważniejszym i najbardziej rozpoznawalny symbol Budapesztu. Z mostem związana jest często opowiadana przez przewodników legenda o zdobiących go czterech kamiennych posągach lwów. W trakcie ceremonii ich odsłonięcia w 1853 roku, pewien szewc, Jakub Frick, krzyknął, że lwy są do niczego, bo nie mają języków. Tłum zareagował bardzo żywiołowym śmiechem, a autor rzeźb, János Marschalko, ze wstydu rzucił się do rzeki i utonął. W rzeczywistości lwy mają języki, są one jednak schowane za kłami a rzeźbiarz dożył późnej starości tłumacząc, że "lew to nie pies, żeby leżeć z, za przeproszeniem, wywalonym jęzorem." )

Po drodze zrobiliśmy sobie zdjęcia z Małym Księciem, którego figurka została umieszczona na barierce wzdłuż bulwaru nad Dunajem. 


Kolejnego dnia udaliśmy się do Term. W samym Budapeszcie znajduje się ich kilka. Wybraliśmy jedno z największych w Europie i zarazem najstarsze w mieście - Schechenyi Furdo. Po dniu pełnym zwiedzania termy były wielkim zbawieniem i odprężeniem. 

Przed samym wyjazdem zwiedziliśmy jeszcze Bazylikę św. Stefana.


Przed wyjazdem raz jeszcze zdjedliśmy zupę gulaszową i tym razem miała trochę inny kolor i ostrzejszy smak. Poprzednio w zupie był kurczak a tym razem wołowina. Druga wersja o wiele lepsza a restauracja miała super wystrój. 



Z ważniejszych punktów zabrakło nam czasu na Górę Gellerta, jednak myślę, że nie była to nasza ostatnia wizyta w Budapeszcie, więc na pewno to nadrobimy z nawiązką. W końcu w przyszłym roku wakacje albo na Węgrzech albo w Bułgarii :)

2 komentarze:

  1. W tym roku w lipcu również spędziłam kilka dni w Budapeszcie i również ogromnie mi się podobał. Mam nadzieję, że to nie był mój ostatni raz tam :)

    OdpowiedzUsuń